Poprzednio przybliżyłem Wam historię bilarda i obiecałem, że napiszę jaką rolę spełnił w moim życiu. Ale po kolei.
Mój pierwszy kontakt ze stołem bilardowym to czasy wczesnej podstawówki (to było wtedy, gdy podstawówka miała 8 klas). Kontakt był krótki, bo jednorazowy, ale pamiętam go do dziś. Wielki stół z małymi łuzami, do których ledwo co wpadała bila. Stół stał w podziemiach klubu garnizonowego przy ul. Dąbrowskiego w Rzeszowie i przypadkiem na niego natrafiając poprosiłem swojego ojca żeby wyjaśnił mi co to jest i do czego służy. Ojciec – jak się okazało – grywał kiedyś w bilard więc opowiedział mi jakie są zasady gry i pokazał w jaki sposób uderzać kijem w bile. Uwierzcie mi, że to naprawdę ciężki sport, zwłaszcza jak głowa niewiele wystaje ponad bandę stołu i żeby uderzyć kijem trzeba stawać na stołku.
Kolejne spotkanie z bilardem nastąpiło mniej więcej w 2 klasie ogólniaka, gdy poszedłem z kolegami do klubu bilardowego, korzystając z samodzielnie udzielonego sobie zwolnienia z zajęć lekcyjnych. Oczywiście nie był to dla mnie wtedy sport jako dyscyplina tylko głównie zabawa. Spędzaliśmy ze znajomymi masę czasu na stołach o zielonym suknie próbując swoich sił w potyczkach pomiędzy sobą. Z czasem przyszedł okres gier turniejowych i sprawdzanie swoich umiejętności z graczami, którzy traktowali bilard bardziej zawodowo. Nadal jednak nasza gra więcej miała wspólnego z grą amatorską niż zawodową.
W klasie maturalnej miałem wypadek, który diametralnie zmienił moje życie i pomieszał szyki w planach na przyszłość. W wyniku wypadku straciłem prawą rękę, a lekarze cudem uratowali lewą. Porażenie łukiem elektrycznym spowodowało też poparzenia mojego ciała o powierzchni 30%, oraz poparzenie oczu. Pół roku później ujawniła się powypadkowa zaćma i straciłem wzrok. Długie leczenie i rehabilitacja pozwoliły kontynuować naukę. Maturę zdawałem indywidualnym trybem ucząc się ze słuchu, ponieważ byłem praktycznie niewidomy. Moje plany na studia na AWF-ie, aktywne sportowe życie, pracę zawodową legły w gruzach.
I tutaj ponownie pojawił się bilard. Będąc z ojcem w Poznaniu i czekając na pociąg na dworcu natrafiliśmy w jednym z lokali na zdezelowany stół bilardowy na żetony. Zapytałem ojca czy chce zagrać ze mną. Był zdziwiony, ale chętnie stanął do gry. Metodą prób i błędów, korzystając z różnego typu podpórek, próbowałem uderzać w bile, jednak nie w każdym miejscu można taką podpórkę ustawić, a gra jedną ręką – i to lewą ręką gdy jest się praworęcznym – do łatwych nie należy. Wtedy po raz pierwszy na stole wylądowała paczka chipsów pełniąc rolę podpórki pod kij. Wróciłem do gry.
Podpórki, z których korzystałem były różne. Paczka chipsów, stojak z podstawą ołowianą zrobiony z nakrętki do słoika, rękawiczka, czapka, szalik, lub też co akurat było pod ręką. Nie zawsze można skorzystać z podpórki, dlatego też część zagrań była dla mnie niedostępna? do czasu. Oglądając w tv zawody w trickach snookerowych zobaczyłem jak Steve Davis zagrywa w bile „z wolnej ręki”. Skoro on potrafi, to ja też dam radę!
Był to okres kiedy w klubie bilardowym spędzałem od kilku do kilkunastu godzin dziennie. Bywały dni (a raczej noce) gdy zaczynałem grę o 19.00, a kończyłem o 6, 7 rano.
Potworna ilość uderzeń, ćwiczeń, prób i rozegranych partii zajmowało mój czas. Pomimo tego, że każde uderzenie przypominało mi o mojej niepełnosprawności, to w jakiś dziwny sposób czerpałem z tego siłę. Cieszyłem się z każdego poprawnego uderzenia, z każdej nowej umiejętności jaką zdobyłem w trakcie ćwiczeń. Wiele też dało mi obcowanie z ludźmi podczas tych treningów. Ta wola walki, samozaparcie i dążenie do doskonałości w każdym zagraniu pomogły i nadal pomagają mi w życiu, do dziś stanowiąc podstawy mojego obecnego działania. Bilard ze zwykłej szczeniackiej zabawy stał się moją pasją i dzięki niemu poradziłem sobie… z samym sobą. Do dziś dzięki temu czego nauczyłem się przy zielonym stole – i nie mówię tu o umiejętności gry – potrafię poradzić sobie z trudnościami jakie stawia przede mną życie. A jak sobie nie radzę, to próbuję dalej.
Miesiące ćwiczeń i nawiązanie kontaktu z miejscowym klubem bilardowym Ósemka Rzeszów zaowocowały wieloma wyjazdami na turnieje i późniejszą karierą sportową, ale o tym to już następnym razem.
Przedstawiam Wam krótki film pokazujący kilka tricków bilardowych w wykonaniu mojego serdecznego kolegi Bogdana Wołkowskiego, wielokrotnego Mistrza Polski i wielokrotnego Mistrza Świata w trickach bilardowych.
Pozdrawiam
Marcin Marek Kostera